Lo i stało się. Zaduma nad światem w sieci /recenzja filmu/

2016-05-23 | Barbara Lekarczyk- Cisek
fot. Docs Against Gravity

Sędziwy mistrz kina zastanawia się nad życiem w sieci i nie są to bynajmniej refleksje entuzjastyczne. 

Film Wernera Herzoga "Lo i stało się. Zaduma nad światem w sieci" zainaugurował 13. edycję Millennium Against Docs Film Festival. Refleksja nad wpływem Internetu towarzyszyła widzom już podczas poprzednich edycji festiwalu. Dość wspomnieć takie filmy, jak "Citizenfour” Laury Poitras - o życiu na podsłuchu, czy też "Aaron Swartz: sieć jest nasza" Briana Knappenbergera - o walce o swobodny, powszechny dostęp do Internetu.

Tytuł filmu nawiązuje do pierwszego wysłanego drogą elektroniczną komunikatu, który został wysłany w okrojonej formie (miało być "LOG", lecz system się zawiesił), ale również do Księgi Rodzaju: "I stało się" pada wielokrotnie w akcie stworzenia świata przez Boga. Tym razem chodzi o ludzki, a więc w jakiś sposób ułomny akt stworzenia.

 fot. Docs Against Gravity

Herzog przeprowadził dziesiątki rozmów: z pionierami Internetu, naukowcami, ale też z hakerami i ofiarami uzależnienia od Sieci. Jednocześnie, ukazując zgubne skutki funkcjonowania w owym wirtualnym świecie, rozważa jego koniec. Alternatywę pokazuje nie tylko w planach zasiedlenia Marsa (co jest na razie czystą mrzonką), ale również w postaci bytowania na obszarach, gdzie nie ma komunikacji z Siecią. Grupa outsiderów, która tam egzystuje, cierpi na różne schorzenia związane z przesyłaniem fal na odległość, toteż ich wybór jest raczej koniecznością, a nie jakąś fanaberią czy świadomym wyborem. Nie wyglądają na szczególnie szczęśliwych, ale zdarzają im się przecież beztroskie chwile wspólnego muzykowania  - na tradycyjnych instrumentach, oczywiście.

Próba ukazania "świata w Sieci" - w dosłownym i metaforycznym tego słowa znaczeniu - wyszła jednak Herzogowi dość płasko. Przewaga "gadających głów" oraz brak metafizycznej perspektywy sprawiły, że refleksja owa - mimo wielkiej liczby punktów widzenia - nie dawała niczego poza racjonalnym oglądem owej wirtualnej rzeczywistości. Bo też głównie na naukowcach oparł swą narrację reżyser. Zabrakło też pewnego niedopowiedzenia, zawierającego się w magii obrazów - ich metafizyki. Trudno bowiem nazwać metafizyczną końcową scenę filmu, w której buddyjscy mnisi, zamiast medytować, trzymają w rękach komórki...

 

 

Przeczytaj pozostałe festiwalowe recenzje: