Misja: Samowola utopijna

2013-05-24 | Łukasz Badula

Smakuje surówka? Nie?! Trzeba było poprzestać na samej marchewce. Albo pomóc w przygotowywaniu posiłku. W siermiężnych warunkach misji każda pomoc na wagę złota. Pod warunkiem, że jest się w stanie przejść na drugą stronę. Opuścić widownię i być częścią spektaklu. Pójść za ojcem Gabrielem w umowną dżunglę pomiędzy nie mniej umownych Guaran. Nawróconych Indian, których wcześniej mijało się w pośpiechu na ulicy. Teraz nie można ich już zbyć. W nowej inscenizacji Łaźni Nowej są bowiem solą ziemi, ale i duchowym tworzywem. Tkanką społeczności, którą na deskach teatru udało się wykreować. Na kilka godzin, tygodni, a może i miesięcy?

.html
 Ojciec Gabriel czyli Krzysztof Zarzecki.../mat.prasowe

Nowy spektakl Bartosza Szydłowskiego trawestuje głośny film o jezuickiej misji, ale też sama Łaźnia Nowa jawi się przyczółkiem niematerialnego posłannictwa. Dyrektor Szydłowski, przeprowadzając  swój teatr do Nowej Huty uczynił z niego coś więcej niż alternatywną scenę. To artystyczna osada na gołej, choć żyznej ziemi, gdzie prócz idei liczy się praca u podstaw. Wyjście poza czysto teatralny abstrakt. "Klub Miłośników Filmu Misja" jest zatem bardziej społecznikowskim projektem niż spektaklem w sensie stricte. To co szczególnie istotne, obdywa się podczas zbiorowej pracy nad przedstawieniem. A potem na widowni, która musi określić postawę wobec scenicznego eksperymentu.

Film Rolanda Joffe opowiadał o brutalnym starciu społecznej utopii z instytucjonalną przemocą. U Szydłowskiego konflikt na linii jezuicka misja – kościelne interesy, naturalna wspólnota – kolonializm, równość – hierarchia, odsyła do współczesności. Dżungla, którą wizytuje kardynał Altamirano to ulice Nowej Huty, tak jak Indianie są naturszczykami. Szydłowski pozwala przemówić im swoim głosem. Opowiedzieć o odebranej rencie, przymusowej przeprowadzce, presji bycia "trendy". Tu, w ramach misyjnej wspólnoty, mogą wyrazić obywatelski protest. Choć ich sprzeciw pozostanie bez echa. Analogicznie do fabuły filmu, karty zostały już wcześniej rozdane.

Włączenie aktorów- amatorów do spektaklu, nie jest bynajmniej tożsame z tworzeniem sztuki interwencyjnej, doraźnej, publicystycznej. "Misja" Szydłowskiego pozostaje przedsięwzięciem  wielopoziomowym. Pichcone z publicznością sałatki czy osobiste przemowy, to tylko jeden z aspektów widowiska. Ten najbardziej ludyczny, zabawowy, mający sprawić, że widz poczuje się jak w prowizorycznej wspólnocie. Najwyraźniej temu służy i maksymalnie poszerzona przestrzeń spektaklu. Pomieszczenia Łaźni Nowej są tym razem swojskim klubem dyskusyjnym oraz gigantyczną scenerią happeningu.

.html
... i Rodrigo Mendoza, czyli Radosław Krzyżowski/mat.prasowe

Obok ciągłego burzenia czwartej ściany oraz interakcji z publicznością, teatralna "Misja" wsłuchuje się w przekaz filmowego pierwowzoru. Tekst Jolanty Janiczak dość wiernie odtwarza zarys fabuły oraz jej wymowę. Między sobą przecinają się drogi pacyfisty Gabriela i bojowniczego Mendozy. Stworzona z tubylcami komitywa napotyka na opór świata, regulowanego przez pieniądze, interesy, systemy polityczne.

Zaskakujące, jak owocna dzisiaj okazuje się tematyka filmu Joffe. Widmo kolonializmu, które wisi nad tytułową misją, można swobodnie podmienić na rozmaite cywilizacyjne opresje; konsumpcjonizm, globalizację, kulturę masową, wszelkiego rodzaju snobizmy i mody. Nie dziwi zatem, iż w scenicznych monologach Mendozy powraca Korpo- koszmar: praca dla pracy, tymczasowość, zmienność.  

Przeciwwagą dla terroru codzienności ma być duchowość Gabriela. Lecz u Szydłowskiego i ona niesie ze sobą pewne rozczarowanie. Jakie bowiem intencje kierują jezuitą? Czy jego rzeźbienie w dziewiczych duszyczkach nie jest motywowane poczuciem wyższości? Pychą Europejczyka, który również podbija i anektuje obcą ziemię, przerabiając ją na własną modłę? Znany z filmu finał staje się tragiczną kapitulacją ideałów.  Indianie nie osiągną nieśmiertelnością za sprawą szczytnych haseł, lecz oporu; biernego lub czynnego. Buntu, do którego wzywa niemający złudzeń Mendoza. Złudzeń nie posiada również kardynał Altamirano – duchowny z wyrachowania, a nie powołania. Hierarcha, który wydaje owieczki na pewną śmierć.

Łaźnia Nowa gościła już na swoich deskach najbardziej głośne, kontrowersyjne i nowatorskie spektakle z całej Polski. Szydłowski w swoim reżyserskim dziele, dokonuje swoistej kondensacji środków wyrazu, znanych z rodzimych scen. Ekstatyka tańca, śpiewu i ruchu, sekwencje z wizyjną symboliką, zgiełk rockowego recitalu, wideo- projekcje, wreszcie wspomniane wejście między publiczność. Transgresja Kleczewskiej,  multimedialność Garbaczewskiego, zadziorność duetu Demirski- Strzępka. W tym remiksowaniu struktury spektaklu, nie chodzi aczkolwiek o wtórne zapożyczenia. Raczej o dostosowywanie kolejnych etapów widowiska do różnych języków współczesnego teatru.

.html
 Bohaterowie spektaklu, w środku karynał Altamirano, czyli Jan Peszek/mat.prasowe

Sceniczna symulacja jezuickiej misji bazuje nie tylko na formalnych zabiegach, ale i sugestywnym aktorstwie. Pośród naturszczyków Szydłowski "ukrył" Jana Peszka, Krzysztofa Zarzeckiego i Radosława Krzyżowskiego. Wszyscy trzej doskonale dostosowują  grę do warunków przedsięwzięcia. Wymagającego bardziej intuicji niż mimicznych i oratorskich popisów.  

Szczególne zadanie otrzymał w spektaklu Krzyżowski. Jako Mendoza, już przy wejściu zaczepia widzów, szuka sojuszników, przekonuje do swoich racji, by potem, dosłownie i w przenośni, zostać obnażonym. A także serwować sałatkę.

Sałatka jest mało smaczna. Nikt jednak nie spodziewa się tu frykasów. Tu, w ramach spółdzielni świeżo zawiązanej, lecz skazanej na zagładę. Po niecałych dwóch godzinach, pozostają puste talerzyki i trawiona w żołądku marchewka. Trzeba opuścić plac budowy utopii. Zanim ktoś znowu uzna ją za samowolę. I cofnie pozwolenie.  

Spektakl "Klub Miłośników Filmu Misja" miał premierę 20 maja. Najbliższe inscenizacje w Łaźni Nowej: 7, 8, 9, 14 i 16 czerwca.